M

Wheelchairtrip to pomysł na projekty, który narodził się z niezgody na bezczynność. Poruszam się na wózku od lat, ale nigdy nie przestałem marzyć o wyczynach „zarezerwowanych” dla pełnosprawnych ludzi.

 

Podróż jest piękna bo ważne jest, nie tylko dotarcie do celu, ale droga sama w sobie. Droga jest zawsze nauką – o sobie i o relacjach z innymi ludźmi. Chęć odkrywania nowych Światów jest ważniejsza niż trud podróży. Chciałbym dzielić się tym, pokazywać, że przeszkody tworzymy sobie sami – brakiem wiary, wyobraźni i motywacji.

Śledź wheelchairtrip:

O d p o w i e d z i

Naprzeciwko starego góralskiego domu rośnie wielka, dzika czereśnia. Po rozstępach na jej korze widać, że jest już stara. Od dwóch dni oblepiona jest białymi kwiatami. Dopiero co rozkwitły, nawet grubo ziarnisty deszcz nie potrafi ich strącić. Rośnie na wschodniej stronie stoku, na małej polanie. Od świtu jest w promieniach, popołudniu nakrywa się cieniem. To będzie już 11 lat odkąd tu przyjeżdżam. Tym razem na dłużej i z konkretnym celem. Wszyscy dookoła starają się mnie gdzieś ukryć. Nie narażać na kontakt z wirusem. Podobno zapalenie płuc jest bardzo groźne przy mojej chorobie. Jak opuszczałem dom rodzinny czułem się jakbym ruszał na wyprawę. Jedzenie, ubrania, książki, elektronika i wyznaczona trasa. Jeszcze w domu zagotowałem kilka słoików z przetworami, stąd do najbliższego sklepu jest kawał drogi. Zresztą nigdy nie byłem, trasa nie do zrobienia na wózku. Przywykłem, że tu zawsze jest gwar. Urodziny, huczne majówki, sylwester. Teraz widzę tylko dwie osoby. Słychać ptaki. Pod dom codziennie podchodzi łania. Wyżera resztki z kompostownika. Raz późnym wieczorem zapytałem o głosy na zewnątrz. Czy je rozpoznają. To musiał być puchacz. Z każdym dniem rozmawiamy mniej, zwłaszcza dziś, chyba wszystko już sobie powiedzieliśmy. Zazwyczaj jak tu przyjeżdżałem zostawiałem samochód na parkingu, zaraz przy Solisku, wyciągu narciarskim na końcu Szczyrku. Potem przez parę godzin wciągano mnie, metr po metrze, do górskiej chaty. Najtrudniej było zimą. Wózek wbijał się tak mocno w śnieg, że nawet pozostawiony bez asekuracji na sporym zboczu nie zsuwał się w dół. Odkąd jest Defender, wjeżdżam nim dalej, nad chatę. Zapinam terenowe biegi i powoli z ryczącym silnikiem wspinam się po kamienistych górskich drogach. Obok chaty jest strumyk. Nigdzie nie piłem lepszej wody. Zastanawiam się czy rzeczywiście tak jest czy to miejsce nadaje ważności zwykłym rzeczom. Chata jest z drewna, z grubych ciemno brązowych od starości beli. W środku otwarta przestrzeń. Prycze, duży stół zbity z desek, wytarta podłoga i małe okna na wschód. To właśnie z nich widać dziką czereśnię. Jest najczęściej oglądanym przeze mnie drzewem. Pytana nigdy nie odpowiada słowami. Na ścianie duży termometr wskazuje temperaturę i wilgoć. Chwilę po tym jak wskazówka spada poniżej 19, kominek rozjaśnia przestrzeń izby. Nagrzewa się szybko. By się umyć, na drewnianą podłogę kładę dużą plastykową miskę. Nie mogę w niej kucnąć. Dodaję krzesło, dwie nogi w misce dwie na zewnątrz. Tak łatwiej się przesiąść. Pod nogami w misce mam zakrętki od słoików – to pomysł by nie połamać starego plastyku. Oprócz, naleśników z pomarańczami, pesto z świeżej pokrzywy i litrów kawy na starym piecu można zagotować wodę do mycia. Żeby wyjść na zewnątrz, zawsze proszę o pomoc. Jeden próg do izby, drugi by wyjść przed chatę. Ten drugi jest gorszy. Czuć mocne uderzenie w przednie kółka. Taras jest z nierównych kamieni, więc nawet tam mało mogę samemu zrobić. Podczas tego pobytu słyszę to pierwszy raz. Długo myślę i zostawiam bez odpowiedzi. Jędrek, mój przyjaciel, który jest gospodarzem zapytał, dlaczego tak lubię tu być, skoro ten dom jest jednym z najbardziej nieprzystosowanych miejsc w jakich bywam. Nad odpowiedzią myślę już kolejny dzień. Zaraz skończy się odosobnienie, nazywam to moją vipassaną. Dopiero wyhaczeni z codzienności możemy więcej zobaczyć. Nabrać perspektywy i spojrzeć na siebie z innej strony. Nie wiem dlaczego cały czas mnie to zaskakuje. Ten czas już zawsze będzie mi się kojarzył z ważnymi decyzjami.