M

Wheelchairtrip to pomysł na projekty, który narodził się z niezgody na bezczynność. Poruszam się na wózku od lat, ale nigdy nie przestałem marzyć o wyczynach „zarezerwowanych” dla pełnosprawnych ludzi.

 

Podróż jest piękna bo ważne jest, nie tylko dotarcie do celu, ale droga sama w sobie. Droga jest zawsze nauką – o sobie i o relacjach z innymi ludźmi. Chęć odkrywania nowych Światów jest ważniejsza niż trud podróży. Chciałbym dzielić się tym, pokazywać, że przeszkody tworzymy sobie sami – brakiem wiary, wyobraźni i motywacji.

Śledź wheelchairtrip:

michal_woroch_blog_01

S t r e f a _ k o m f o r t u !

Dopiero późnym popołudniem decydujemy, by ruszyć na wycieczkę. Chwilę przed zmrokiem docieramy do Szczyrku. Plan był prosty. Polana z pięknym widokiem, pogaduchy, gotowanie i nocka w samochodzie. Z asfaltu zjeżdżam na stromą, leśną, ośnieżoną drogę – taką do zwózki drewna. Myślałem, że podjazd będzie łatwiejszy. Próbowałem trzy razy! Def za każdym razem był wyżej – niestety nie wystarczająco. Rozpęd, wspinanie i po kilkunastu metrach brak trakcji. Skutkowało to tym, że prawie trzy tony, całym swoim ciężarem ślizgało się niekontrolowanie w dół. Chciałem dotrzeć na Halę Jaworową. To tam, latem jeżdżę na zachody słońca. Pojechałem od drugiej strony. Kilkaset metrów od Przełęczy Salnopolskeiej, idąc czerwonym szlakiem w stronę Kotarza, jest spory prześwit. Widać z niego dolinę biegnącą w stronę Wisły. To właśnie tam się zatrzymujemy. Nie chciałem jechać dalej – ryzykować, że po kolejnym stromym zjeździe, gdzieś się zakopiemy. Miejsce jest jak kadru z wysokobudżetowego filmu. Niebo ma różowawoniebieskostalowy kolor a przez siarczysty mróz, wszystko, aż po horyzont, wygląda tak jakby ktoś w lightroomie przesunął suwak clarity na plus dziewięćdziesiąt. Czuję, że mam diamentowe okulary.Przez ponad godzinę próbujemy odpalić benzynową kuchenkę – zaśniedziała od nieużywania. To właśnie ją mieliśmy w podróż przez Ameryki. Wtedy czyściłem ją kilka razy w tygodniu. Prosta czynność – rozkręcam, wyciągam dyszę, cienką szpilką przepycham otwór i płuczę benzyną. Podobnie robię z drutem stalowym, który biegnie w przewodzie paliwowym – wyciągam, usuwam sadzę, płuczę benzyną, oliwię i wsadzam z powrotem. Tym razem jest gorzej. Temperatura minus dziesięć i z konieczności precyzji brak rękawiczek. Całe szczęście, po kilku próbach ciszę wypełnia dźwięk startującego odrzutowca. Hałas, to chyba jedyny minus tej kuchenki. Kuba dorzuca i miesza w patelni, a ja blisko ognia grzeję skostniałe dłonie. Opowiadamy sobie o naszych życiach – dawno się nie widzieliśmy. W Defenderze od natury izoluje nas tylko aluminium, nieszczelne drzwi i okna. Jest pełnia, na zewnątrz minus piętnaście. W środku tyle, że do rana herbata w kubkach zamarza na kamień. Czy jest zimno? Na początku trochę tak, potem spora ilość puchu w śpiworach sprawia, że robi się przyjemnie cieplej. Przed zaśnięciem śmieję się, że to niezły test przed Himalajami. Czy to jest ekstremalne przeżycie? Moim zdaniem nie. To tylko, kontrolowane rozpychanie własnej strefy komfortu. Po powrocie z Ameryk często odpowiadałem na pytania. Dlaczego ruszyliśmy w tak trudną podróż? Dlaczego nie wybraliśmy nowego lepszego samochodu – przecież ten wam się psuł? Myślę, że nie byłbym tym, kim jestem i nie byłbym tak szczęśliwy, gdyby nie poczucie, że daliśmy radę. Gdy było ciężko, zaciskaliśmy zęby, a gdy psuł się samochód, krok po kroku robiliśmy wszytko, by wrócić na szlak. Podczas tych wszystkich sytuacji byliśmy na granicy twórczego stresu. Uczyliśmy się jak sobie z nim radzić i jak rozwiązywać trudne sytuacje.Parę dni temu miałem ostrą wymianę zdań z moją ukochaną Siostrą. Czasami się kłócimy, przeważnie o inny punkt patrzenia na te same rzeczy. Tym razem poszło o to, że przesadzam z intensywnością rehabilitacji – co jest trochę prawdą. Od roku, odkąd przyjmuję lek, bardzo dużo ćwiczę. Kłótnia skończyła się stwierdzeniem, że przeginam we wszystkim – Ameryki, rehabilitacja, Himalaje. A ja czuję, że ma to sens. Gdy żyję na granicy swojej strefy komfortu, to zapominam o tych rzeczach, które dotychczas sprawiały mi ból – schody są tylko schodami, zmęczenie zmęczeniem a niedostępność pewnych rzeczy, tylko niedostępnością. Rozpychanie własnej strefy komfortu.Wydolność emocjonalną i umysłową budujemy tak samo, jak fizyczną. By zwiększyć, własną wydolność musimy przekraczać własne ograniczenia i normy, na które kiedyś się zgodziliśmy. Jeśli podczas ćwiczeń będziemy robić, zawsze tyle samo powtórzeń, to nasze mięśnie nie będą się rozwijać – utrzymają się na tym samym poziomie. By się rozwijały, musimy zwiększyć ilość powtórzeń.fot. @Kuba Janicki

#everythingispossible #bądźżyczliwy #wheelchairtriphimalayaschallenge #mikrowyprawa #pajak